3 Obserwatorzy
1 Obserwuję
ksanthippe

Na pohybel!

Krytykuję i narzekam, czego łatwo domyślić się po nicku. Nie znoszę zmarnowanych pomysłów i głupich książek. Naptól vagyok, Holdtól vagyok, Keresztanyám a csillagok!

Teraz czytam

Imperium grecko-rzymskie
Paul Veyne
Tylko Beatrycze
Teodor Parnicki
Imperia i barbarzyńcy
Peter Heather
Troja Północy
Zofia Kossak-Szczucka

Alibi na szczęście

Alibi na szczęście - Anna Ficner-Ogonowska Zachciało mi się odmóżdżyć. Mama akurat skończyła tę powieść, a wsiąkła w nią tak, że cały świat mógłby nie istnieć, co rzadko jej się zdarza. Pełna zachwytów powiedziała mi, że nie jest to zwykły harlekin - oraz że książka napisana została pięknym językiem polskim. OTÓŻ NIE. (Mamo, czemuż?) Jest to straszny harlekin, a język polski jest w nim tak kaleczony, że aż serce krwawi. Gdzie są efekty pracy redaktorskiej i korektorskiej? Nazwiska odpowiedzialnych za nią widnieją w stopce (aż CZTERY!) - czy wydawnictwo Znak, dawno-dawno-temu posiadające tradycje, do cna już zdurniało? Wydawać tak skandalicznie niechlujny tekst? Praktycznie brak akapitu, w którym nie pogubiłyby się podmioty, skoro autorka lubuje się w domyślnych - rzadko wiadomo, kogo dotyczy narracja. Zbędnych zaimków tu na potęgę, gdyby je wyciąć, z ponad 600 stron zostałoby pewnie ze 100 mniej. Zdarzają się nazwy własne pisane małą literą. CO GORSZA, tekst utrwala błędne rozumienie frazy (między innymi) "nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki", a ponadto zupełnie bezsensownie występuje w nim porównanie do Rubikonu. Autorka chciała popisać się erudycją, ale bardzo nie wyszło. Opisy za to sadzi rozwlekłe, pochylając się nad każdym nieistotnym szczegółem... Dialogi - a zwłaszcza monologi - są niebywale sztuczne. Nikt tak nie mówi. Szczególnie mężczyźni między sobą. Przechodząc do pomysłu, za który odpowiedzialna jest wyłącznie autorka... Dwudziestosześcioletnia Hanka jest polonistką w warszawskim liceum. Mimo to samotnie zamieszkuje ogromny dom z ogrodem (zimą w pełnej iluminacji), w którym prężnie działa pani sprzątaczka i pan ogrodnik. Jeździ lexusem-terenówką. (Jest już również wdową). Aha. Może posiada ogromny spadek, nie wnikam, tekst milczy o tem. Jej przyjaciółka, dwudziestosiedmioletnia Dominika, zwana naprzemiennie siostrą, to pani stomatolog. A przy tym tak irytująca osoba, że oczy ze zdumienia przecieram, przeczytawszy w innych opiniach, że cudnie byłoby mieć taką przyjaciółkę. Faktycznie... Roztrzepana, bez umiejętności skupienia na drugiej osobie, jeśli akurat pochłania ją entuzjazm w stronę męskich gaci, wyrażająca powierzchowne zainteresowanie, bo najważniejsza jest ona sama - a mimo to wmawia się czytelnikowi, że ze świecą takiej szukać. Postać charakterologicznie nieprawdopodobna, choć doceniam, że autorka chciała ją uwiarygodnić opisem tła rodzinnego. Amant. Aby czytelnika zdenerwować, jego imię pojawia się stosunkowo późno (dzięki czemu wcześniej bohater dostarcza licznych atrakcji, pozostając podmiotem domyślnym w gąszczu innych podmiotów) - ma to uzasadnienie fabularne, niestety poprowadzone zostało nieudolnie. Architekt z własną firmą, przystojniak, a jakże. Kreacja przerażająca. Z ukrycia popełnia zdjęcie dziewczyny na plaży - co za zaskoczenie, jest to główna bohaterka... - gdyż zauroczył się jej widokiem tak wielce, że na inny krok odwagi nie stało. Szczęśliwym zbiegiem tryliarda okoliczności okazuje się, że plażowa dziewoja to nauczycielka jego młodszego, niepokornego brata (oraz "siostra" sympatii najlepszego przyjaciela - prawie jak w telenowelach). Wtedy amant może już wydrukować zdjęcie, aby - niczym stalker - wpatrywać się w nie, cierpiąc z miłości. Okazyjnie w dalszym ciągu z ukrycia śledzi obiekt swych głębokich westchnień. Każdy ruch. Obserwuje dom Hanki, siedząc w samochodzie... Wyobraża sobie ją trzymającą w objęciach ich dziecię. Zacytuję porównanie rzadkiej urody (s. 88): "Patrzył na nią zachłannie, jak piłkarz na piłkę znajdującą się, niestety, po stronie przeciwnika". BRRR! Co za romantyzm. :( Jest jeszcze Przemek. Przyjaciel amanta i amant Dominiki. Postać równie sympatyczna jak Dominika. Niby lekkoduch, ale - rzekomo - do rany przyłóż. Przez fabułę co rusz przebija się przesłanie, że celem życia NORMALNEJ (sic!) kobiety jest miłość, a wszystko inne to do niej ewentualny dodatek. Co tam pasja, co tam przyjaciele, co tam spełnienie zawodowe - rzucaj wszystko, miłość - mężczyzna - czeka. Bardzo szkodliwe przedstawianie rzeczywistości. (Ale zaraz, czego ja wymagam od harlekina?) Nie brak silenia się na poprawność polityczną i modną tolerancję. Bogobojność przeplata się z dzikim seksem. Nie zdzierżyłam, mój wewnętrzny masochizm przegrał walkę po 130 stronach, umysł leczy traumę. Nie idźcie tą drogą.