3 Obserwatorzy
1 Obserwuję
ksanthippe

Na pohybel!

Krytykuję i narzekam, czego łatwo domyślić się po nicku. Nie znoszę zmarnowanych pomysłów i głupich książek. Naptól vagyok, Holdtól vagyok, Keresztanyám a csillagok!

Teraz czytam

Imperium grecko-rzymskie
Paul Veyne
Tylko Beatrycze
Teodor Parnicki
Imperia i barbarzyńcy
Peter Heather
Troja Północy
Zofia Kossak-Szczucka

Korona śniegu i krwi

Korona śniegu i krwi - Elżbieta Cherezińska Książka bardzo mnie rozczarowała, szczególnie po tylu pochlebnych recenzjach. Nie jest napisana bardzo źle - choć irytować mogą przesadnie poetyckie opisy, niechlujne mieszanie czasu przeszłego z teraźniejszym, raczej kolokwialny język lub przewaga dialogów - ale tak ciekawy temat został, niestety, spartaczony. Ciężko się w sumie temu dziwić, skoro sama autorka przyznaje, że do zabrania się za rozbicie dzielnicowe skłoniła ją sugestia wydawcy. Książka ewidentnie pisana była w pośpiechu, na zamówienie - widać to i na poziomie kompozycji, i w samym zmarnowaniu pomysłu - szczególnie za połową książki, gdy sceny robią się coraz krótsze, wątki poszatkowane i często też urwane, bez wykorzystania potencjału. Nawiązania do „Gry o tron” rzucają się nachalnie w oczy (zwłaszcza w wymyślonych, bezsensownych zawołaniach "rodowych"... np. "Tron seniora" dla Małopolski - i tutaj wtręt: jeśli już ładnie mamy Starszą Polskę jako Wielkopolskę, to Małopolska powinna być Polską Młodszą, a nie Małą!); nie byłoby to z mojej strony zarzutem, gdyby nie podstawowa różnica - cykl George’a Martina pisany jest z rozmachem, (aż zbyt) powoli i dokładnie, wątki łączą się w nim w sposób przemyślany, postaci mają wyraźnie zarysowane charaktery. U Cherezińskiej, jak sądzę, mogłoby być podobnie - gdyby tym kilkudziesięciu latom historii poświęcić kilka tomów, zagłębić się w temat zamiast potraktować go powierzchownie, a z zarysu bohaterów stworzyć postacie z krwi i kości. Na to jednak zabrakło właśnie czasu. Nie jestem fanką Martina, ale rozumiem kampanię reklamową, która przyciągnąć miała czytelników - szkoda tylko, że tak marnuje się potencjał na prawdziwy polski odpowiednik „Pieśni lodu i ognia”. Z drugiej strony patrząc, gdyby ta książka została po prostu książką historyczną - być może wyszłoby jej to na dobre. Za każdym razem, gdy w tekście ożywać zaczynały stworzenia herbowe postaci, nie wiedziałam, czy roześmiać się, czy załamać. Szczerze powiedziawszy, czułam się takim rozwiązaniem zażenowana - nie widzę żadnego powodu, aby je wprowadzać. Inną kwestią jest wątek pogaństwa, potraktowany bardzo po macoszemu i stereotypowo (bogini matka oraz koniecznie krwawy kult Trzygława, pardon - TrzygłOwa; jest jeszcze krótka scena związana z Jarym Świętem, ciekawie przeplatanym z obrzędami wielkanocnymi, ale to taki strzępek, jedna scenka), ale w końcu to tylko dodatek do treści właściwej, nie mający większego wpływu na akcję. Elementy magiczne i fantastyczne z nim związane wyglądały mi również często na pójście na łatwiznę, jednak pomysł z wilkołakiem-przywrą przebił swoją abstrakcją wszystko. Odniosłam wrażenie, że wykorzystany został głównie po to, aby wybielić postać Przemysła II i jego relacje z Ludgardą meklemburską. Sposobem tzw. deus ex machina, hop siup, problem z głowy. Otóż właśnie - postacie. Jak wyżej już napisałam: są tylko zarysowane. Albo - przerysowane (np. święta Kinga... lata... wydzielanie zapachu kwiatów jakoś przełknęłam, ale nie odlot w przestworza; dalej - Łokietek jest przesadnie infantylny - w wieku 25 lat myśli jakby nadal był dzieckiem sprzed kilkuset stron, a piętnastoletnia Rycheza - Rikissa - zachowuje się jak dojrzała matrona, nawet własny poród doskonale odbywa, jak wtajemniczona w arkana akuszerka; pomorski Mściwój to taki stereotypowy rubaszny, niefrasobliwy brzuchacz, a Matylda askańska jest złą wiedźmą - dosłownie). Tak naprawdę głównym bohaterem jest Przemysł II, a wszyscy inni robią mu za mniejsze bądź większe tło. Rozumiem prawa licentia poetica i wybranie przez autorkę drogi, którą chce się prowadzić postać. Niestety znam też historię i nie jestem w stanie przełknąć takiego wybielania pewnych postaci, a oczerniania (lub ignorowania) innych. Dajmy na to - Przemysł pozostaje krystaliczną postacią nawet zdradzając ukochaną żonę w burdelu, a z Leszka Czarnego zrobiono super geja z włosem długim do pasa i przy ludziach wymieniającego ślinę (niemal dosłowny cytat) ze swym kochankiem. No szkoda, że - jak wedle wybitnych queerowych teorii - nie poczyniła autorka z Leszka i Bolesława Wstydliwego partnerów... albo nie umieściła tam jakiejś lesbijki (dyskryminacja lesbijek!!!;-) Jakub Świnka rozmawia z Chrystusem, a Henryk Probus z szatanem. Pardon - z "Czarnym Panem", więc może chodzi o Lorda Voldemorta. Czepialstwo odnośnie szczegółów sobie daruję. Podobno powstaje teraz kontynuacja, traktująca o losach Łokietka. Chciałabym wierzyć, że napisana będzie lepiej, w jednolitej konwencji, ale nie śpieszno mi, aby się o tym przekonać. Cieszę się, że za „Koronę…” nie zapłaciłam ani grosza, bo byłoby mi żal sporej jednak kwoty. Samo wydanie książki jest nieporęczne i ciężko ją czytać. Ktoś określił Elżbietę Cherezińską mianem drugiego Kraszewskiego (o powieści którego autorka wspomina w posłowiu, nieładnie stwierdzając, że o Przemyśle II nikt dzisiaj nie pamięta poza poznaniakami i czytelnikami Kraszewskiego - no cóż, może to autorka nie pamiętała o Przemyśle zanim wzięła go na warsztat). Trochę w tym racji, ale niestety - to na pewno nie jest komplement…