3 Obserwatorzy
1 Obserwuję
ksanthippe

Na pohybel!

Krytykuję i narzekam, czego łatwo domyślić się po nicku. Nie znoszę zmarnowanych pomysłów i głupich książek. Naptól vagyok, Holdtól vagyok, Keresztanyám a csillagok!

Teraz czytam

Imperium grecko-rzymskie
Paul Veyne
Tylko Beatrycze
Teodor Parnicki
Imperia i barbarzyńcy
Peter Heather
Troja Północy
Zofia Kossak-Szczucka

Pierścień Bolesława

Pierścień Bolesława - Zbigniew Wojtyś W zamyśle powieść miała chyba być polskim odpowiednikiem Dana Browna. Jest zatem chrześcijaństwo, pogańskie symbole, rzekome rewelacje dotyczące dawnej historii - oraz naziści, komuniści i SB. Właśnie z tego powodu pokusiłam się o zakup (może raczej z powodu ceny w taniej księgarni, choć to już wskazówka, że książka nie sprzedawała się najlepiej i należy czas poświęcać czemu innemu...) - zaciekawiło mnie, jak też autor przedstawi intrygę dotyczącą początków państwa polskiego pomieszaną z okultyzmem III Rzeszy. Podczas kartkowania natrafiłam w dodatku na scenę, w której Niemiec dowodzi normańskiego pochodzenia Piastów - sądziłam, że to zapowiedź jakiejś walki ideologicznej, zbijania argumentów... I cóż, oczywiście spotkał mnie ogromny zawód. Nie tylko zawód - rozpacz w ciapki wręcz. Tyle tutaj niekonsekwencji, nieporadności na każdym poziomie (prowadzenie fabuły, kreacja postaci, konstrukcja intrygi właśnie), że ocenę podnoszę na 2 za w miarę lekki styl. Jako czytadło się to sprawdza - się czyta i się zapomina. Ale zanim zapomnę wszystko, to się poznęcam, ku przestrodze, a poza tym długo - choć jedynie wybrane elementy omówię i to w dodatku bez poważnego spoilerowania (na względzie mając innych masochistów, którzy mogliby mieć ochotę jednak się zapoznać z dziełem). Główny bohater - narrator - to taki Ferdek Kiepski. Pan koło czterdziestki, łysiejący, z brzuszkiem piwnym - piwo to jego pokarm główny, spożywany zamiast śniadania, a także na obiad i kolację; poi nim nawet biedne koty (karmienie kotów to stały element akcji, porywający jak diabli!). Do nałogów dodajmy jeszcze papieroski, a do życiorysu fakt, że jest bezrobotnym wolnym strzelcem, dziennikarzem piszącym bloga w klimatach ezoterycznych. Oczywiście nie przeszkadza mu to w nawiązaniu kontaktów łóżkowych z pożądającą go rudowłosą pięknością odzianą w skórzane wdzianko motocyklistki (scena opisana obrzydliwie, nieumiejętnie naturalistycznie, jak opowiadanko porno). Godność jego: Alexander Casey, gdyż ojciec Irlandczykiem był. Po co i na co to? Dlaczego nie Polak, ale pół-Polak? Podobnie zbędne jest zaznaczenie, że kupuje w kiosku "Wyborczą" konkretnie i biada nad tym, że inni zamiast niej czytają tabloidy (hehe), wielokrotnie czepia się również sąsiadki za "słuchanie jedynej słusznej radiostacji" i wiarę w teorie spiskowe (chociaż sam we własne wierzy - byłby to ciekawy zabieg, zderzenie tych stereotypów z obu stron, ale niestety, punkt widzenia narratora jest jedynym słusznym). Naturalnie, jest on także erudytą. Wybiórczym. Czasem włącza mu się połączenie z wikipedią i cytuje wiedzę jakby metodą kopiuj-wklej, czasem nie zna podstawowych faktów, aby niektóre "rewelacje" objawiły się niby mocniej. Dla przykładu - opowie nam ze szczegółami co to jest "Powieść minionych lat", kiedy powstała, ale zdziwi go już, że Ruś kijowską stworzyli w zasadzie Normanowie, o czym kronika informuje. No tak, to jest problem autora. Nie zna źródeł, a posiłkuje się konkretnym "opracowaniem". W tekście pobrzmiewa słuszna refleksja, by nie zawierzać bezkrytycznie lekcjom historii, ale sięgać po różne podręczniki, ze sprzecznymi tezami, a najlepiej po źródła - aby wyrobić sobie własne zdanie. Dlaczego autor sam się do tego nie zastosował? Wszystkie "rewelacje", których dostarcza książka - (nie)istnienie Bolesława Zapomnianego, normańskie korzenie Piastów - przepisane są żywcem z "dowodzenia" Andrzeja Zielińskiego (tylko pana Skroka jeszcze brakuje). Jeśli ktoś tego pana nie zna, niech nie poznaje, a przynajmniej niech nie traktuje go jako źródła wiedzy. Zero współpracy ze źródłami, zero powoływania się na dane, wysnuwanie fantazji z niczego i opisywanie ich jako jedynych prawd (np. Geira, skandynawska żona Mieszka I, z którą miał mieć 3 córki - albo pomoc duńskich, a nie czeskich, posiłków pod Cedynią - niechaj mnie ktoś łaskawy oświeci, skąd się to panu Zielińskiemu wzięło? z literackich skandynawski sag, a może doznał objawienia jak postacie w powieści?). Nikt w książce nie podważa tych rewelacji, po prostu - z opadniętą szczęką - przyjmuje je do wiadomości jako prawdę objawioną. Dostajemy też rewelację, którą rzekomo potwierdzają źródła i badania, a postacie traktują jako pewnik - że Słowianie wędrowali na północ z terenów Chorwacji. Słucham...? Może coś autor gdzieś przeczytał, że na terenie Małopolski dawno dawno temu bytowali (biali) Chorwaci, ale to oni wywędrowali później na południe... No tak, po co komu kwerenda? Dowiadujemy się też, że Ibrahim ibn Jakub przebywał w państwie Mieszka. Hm, no raczej nie... Jednakże moim ulubionym hitem, wisienką na torcie, jest postać profesora - historyka mediewisty - na progu odkrycia naukowego, które odmieni spojrzenie na historię początków Polski. Badacz ten do tłumaczenia tekstu łacińskiego musi posiłkować się słownikiem. Ojej. Ale żeby to jedna taka głupota przy kreacji (papierowych) postaci! Mamy także policjanta byłego esbeka, który prowadzi śledztwo rodem z amerykańskich seriali. Złych-dobrych Niemców, kryształowego serca esesmana, volksdeutschów chcących pomagać Polakom. Mamy i dwunastolatkę, która wygląda jak dziesięciolatka - ale zachowuje się raz jak trzylatka, a raz jak trzydziestolatka. Tutaj nieco dłużej - dziewczynka ma na imię Agnieszka i, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu psychologicznemu, już po paru minutach znajomości z głównym bohaterem nawiązuje z nim głęboką nić porozumienia (najpierw jest jej wujkiem, a po niecałym tygodniu - tatusiem). Relacja ta nie dziwi zupełnie narratora, Alexander oburza się wręcz, że wścibskie, wredne sąsiadki podejrzewają go o pedofilię, gdzież tam takie myśli brudne, ohydne... on tylko zaopiekował się dzieckiem, kupił jej dwie sukienki, kebaba, pozwolił się umyć we własnej łazience (sic! po jakiejś godzinie znajomości), a tutaj społeczeństwo takie kalumnie rzuca. Następuje też spotkanie z dziadkami Agnieszki, którzy cieszą się, że spotkała tak dobrą duszę i w zamian za opiekę nad wnuczką składają mu dary (!). Nawet jeśli autor próbował to później uzasadnić, naiwność, głupota i brak refleksji głównego bohatera jest rozbrajająca. Nie tylko w tym wypadku zresztą. Akcja zaczyna się od zamiany mieszkania - pewnego dnia po prostu dzwonią do niego ludzie oferujący mu zamianę, bo przeczytali na jego blogu, że zmaga się w swoim lokum z koszmarami. Okej. Różne są czubki - ale Alexander uznaje to za wybawienie, chętnie zgadza się, nie mając pojęcia o stronie prawnej... Jak można stwarzać tak lekkomyślnego bohatera i wmawiać czytelnikom, że to człowiek o rozległej wiedzy? Oczywiście nikomu też na myśl nie przyjdzie, że pierścień Bolesława może być fałszerstwem - każdy od początku uznaje, że to sygnet z XI wieku. Bo tak. Bo inaczej być nie może. Ten oto sygnet dowodzi, że istniał Bolesław Zapomniany. Bo ma wygrawerowane B II R. Okej... Nie wspominając już o tym, że wszyscy z pamięci cytują źródła, monologi innych ludzi, a każdy oczywiście posiada ponadprzeciętną wiedzę o pierwszych Piastach. W zasadzie intryga rozmywa się na tych prawie 550 stronach. Niby tutaj Bolesław Zapomniany, a tam naziści, esesmani, esbecja. Rozwiązanie dostajemy na kilku stronach pod koniec - ostateczna porażka tej książki, nie ma nawet o czym pisać - jeśli coś mogło się kleić, to okazało się, że zupełnie się kupy nie trzyma, jest na siłę wydumane. Szkoda, bo w zasadzie autor mogłby z tego ładnie wybrnąć i obronić wszystkie wcześniejsze durnoty pseudohistoryczne. Sama zaś "rewelacja" odnośnie przeszłości państwa polskiego, wymyślona przez autora, niczym nie powala. Nie stanowi żadnego uzasadnienia dla zachowań postaci, które chciały "fakty" ukryć bądź ujawnić. Przerywniki między rozdziałami (jeden na każdy dzień akcji) stanowią sceny z czasów Bolesława Zapomnianego - długości strony bądź półtorej. Nie rozumiem niestety, po co zostały napisane? Niczego do powieści nie wnoszą. Dostarczają za to kolejnego westchnienia - kiedy Bolesław sam o sobie stwierdza, że poniósł porażkę i został zapomniany, bo wyprzedzał swoje czasy. No cóż, można i tak myśleć o sobie. Ja z pewnością też swoje czasy wyprzedzam, wieszczę tak z niejasnego przeczucia odnośnie przyszłości mojej i całego świata. I na sam koniec, wątek "pogański". Dlaczego jeśli polscy autorzy sięgają po słowiańskie wierzenia - zawsze (?) pokazują je jako jakieś krwawe ofiary, mroczne kręgi, inne bzdury z palca wyssane? Noc Kupały to obrzęd ze składaniem w ofierze dziewicy, a "rodzimowiercy" to banda przygłupich oszołomów. Skąd się to bierze - żeby tak gremialnie uprzeć się na wynajdywanie nieistniejących rytuałów akurat w taką stronę? Przecież to optyka pism chrześcijańskich, które niby chce się podważać. I tak się podważa, że "terror chrystianizacji" zestawia się z "terrorem pogańskim", ale lepszym, bo nie-chrześcijańskim? Ech! Bardzo to przykre, że tylko taki obraz prezentuje się w czytadłach i powieściach.