Taki ciekawy pomysł, zdawałoby się. Szkoda, że poza tym wypadałoby pokazać go ciekawie, po prostu - rzecz podstawowa - wykorzystać. I nie wyszło. Niestety, ale jedynym, co utkwiło mi w pamięci po przeczytaniu tej książki, jest rozdział pierwszy, czyli właściwie opowiadanie, do którego dopisano resztę. A konkretniej: dysputa bohaterów o wspaniałości piva, kompletnie dla fabuły zbędna, oraz wątek "kryminalny" - poszukiwanie sekretnej siedziby chrześcijan - sprowadzony do tego, aby wychędożyć chrześcijankę. Nie, ja podziękuję. Mam smutne wrażenie, że w fantastyce pisanej przez mężczyzn liczą się jedynie dwa powyższe elementy: "górnolotne" ględzenie oraz seks. Fantazje wolno mieć, ale czy koniecznie trzeba wpychać je do każdego tematu?