3 Obserwatorzy
1 Obserwuję
ksanthippe

Na pohybel!

Krytykuję i narzekam, czego łatwo domyślić się po nicku. Nie znoszę zmarnowanych pomysłów i głupich książek. Naptól vagyok, Holdtól vagyok, Keresztanyám a csillagok!

Teraz czytam

Imperium grecko-rzymskie
Paul Veyne
Tylko Beatrycze
Teodor Parnicki
Imperia i barbarzyńcy
Peter Heather
Troja Północy
Zofia Kossak-Szczucka

Słowo i miecz

Słowo i miecz - Witold Jabłoński Ilekroć sięgam po książkę wykorzystującą rzekome motywy ze słowiańskich wierzeń, tylekroć później przeklinam się za naiwność, że może to coś naprawdę godnego uwagi. I jak tym razem do około połowy sądziłam, że całość zasłuży chociaż na dwie gwiazdki – bo w przypadku „Kiedy Bóg zasypia” Dębskiego wszystko opadło mi tak bardzo, że nie byłam w stanie napisać nawet zdania opinii – tak przebrnąwszy po trudach i znojach do końca, najchętniej zastosowałabym ujemną skalę ocen, a autora oraz wydawnictwo wysłała na karne zalesianie terenu, by w jakimś stopniu odrobili straty w drzewach, które stały się nośnikiem tego „dzieła”. Co jest tutaj nie tak? Wszystko. Zatem po kolei, okraszone czasem cytatem. „Dzieło” rozpoczyna się od bitwy pogańskich Mazowszan z oddziałami chrześcijańskich paladynów (sic!) w służbie Kazimierza Karola (czyli Odnowiciela). A później następuje dwutorowa retrospekcja i jest już tylko gorzej. W zasadzie od początku nie udało mi się pozbyć wrażenia, że czytam streszczenie gry komputerowej; literaturą w żadnym razie nazwać tego nie można. Styl autora jest tak suchy, a warsztat tak niewyrobiony, że nie byłam w stanie uwierzyć, że pan Jabłoński ma na swoim koncie już pokaźną liczbę popełnionych książek. Nie dostajemy tutaj opisów, tylko relację; zamiast coś pokazać, autor pisze wprost jak krowie na rowie - jak gdyby książka pozostała szkicem, połączonymi notatkami sprzed napisania powieści. Żeby przypadkiem nie zastosować powtórzenia, występują gęsto kuriozalne synonimy; żeby styl brzmiał bardziej „z epoki”, nastąpiła próba archaizacji - nie muszę wspominać, że całkowicie nieudana - zatem wszystko jest „wraże”, a w ramach przekleństw dostaniemy m.in. „kozojebcę”. Fabuła? Po co komu fabuła! Mamy tezę; nie, to też za dużo powiedziane - to po prostu perfidny hejt na chrześcijaństwo - oraz dynastię Piastów – w tym chorobliwy antyklerykalizm. Autor sięga do czasów historycznie tajemniczych, co do których istnieje wiele hipotez, najczęściej kojarzonych powierzchownie z tzw. reakcją pogańską - i pod koniec podaje także bibliografię, na jakiej się oparł. Niestety, świadczy to tylko na jego niekorzyść. Zaznajomiwszy się z taką literaturą, stworzyć coś takiego… Jedynym konfliktem, który występuje w tym „dziele” w sposób zarysowany aż karykaturalnie jest walka niesamowicie złego chrześcijaństwa z niesamowicie wspaniałym pogaństwem. Wedle prywatnej wizji autora Mieszko I i Chrobry chyba nic innego nie robili, tylko chrzcili lud na potęgę, ale już pal licho - brak tutaj konsekwencji. Mamy więc w tekście stwierdzenia, że tolerancyjnym poganom nigdy w życiu nie przyszłoby do głowy nawracać kogokolwiek na swą wiarę ogniem i mieczem, bo niechaj każdy wierzy, w co ma ochotę - a chwilę później do obrzędu potrzeba już czaszki chrześcijanina, a do zabijania wstrętnych wyznawców Chrystusa wzywa się pomocy bóstw. „Nasi bogowie żądają teraz świeżych ofiar z wyznawców Jezu Krysta", "- Na młot i ogień! Najwyższa pora użyźnić glebę krwią krystowierców! - Matka Ziemia lubi ją pić - dodała Żywia. - Będziemy mieć lepsze zbiory". Oto drobna próbka obrazu chrześcijan wytworzonego przez autora: „Ojciec Marcjalis, krzywousty i z lekka garbaty staruch, przemawiał ledwie zrozumiałym bełkotem, strzykając przy tym obficie śliną, ale zawsze tonem wielce surowym. Odnosił się zarówno do pani domu, jak i do wesołych dworskich niewiast z nieskrywaną niechęcią, mrucząc pod nosem, że są naczyniami grzechu." Nie muszę chyba dodawać, że rzeczony Marcjalis również śmierdzi, ponieważ myć się to grzech, a zakonnice w „dziele” mają wąsy i wszystkie są brzydkie oraz seksualnie niespełnione. Epizodycznie występujący chrześcijanie to po prostu pałające żądzą krwi przygłupy („W oczach miał niesamowity żar, jaki dają tylko rozkosze fanatycznego samoudręczenia i błogosławieństwo zabijania pogan"; „Ubóstwo oraz wychudła, tykowata postura i końskie, nad wyraz szpetne oblicze nie przyciągały spojrzeń dworskich dam, z płatnymi zaś dziewkami nie grzeszył, bojąc się wiecznego potępienia. Szczególną cześć okazywał Maryi, dla której często się biczował i zalewał łzami w ekstazie”). Księża to także zdegenerowani, zboczeni pedofile („Pewnego razu obrzydliwie śmierdzący stary cap z siwą brodą do pasa, nie mogąc dłużej znieść grzesznej pokusy, przewrócił młodzika na kuchenny stół i zadarł habit, by ulżyć sobie na jego niewinnej żopie”). Dostajemy też duchownego żydowskiego pochodzenia - w tej roli biedny opat tyniecki Aron - który dywaguje na temat napletka Jezusa oraz wspomina rzeź, z której cudem go wyratowano - nastąpiła na początku XI wieku, zgotowana oczywiście przez chrześcijan, którzy „krzycząc z wielką radością: „Hosanna! Alleluja!”, wdarli się do kamienic i zaczęli mordować Żydów, plądrując i grabiąc, co się dało”. Ech, żydowskie kamienice są takie odwieczne. Przechodząc do postaci odgrywających ważniejsze role… no cóż, są nie mniej karykaturalne niż powyższe próbki. Jedną z linii retrospekcji stanowi nic innego jak tzw. quest, trzeba więc zebrać drużynę. Nieśmiało napomknę, że brak tutaj jakiegokolwiek pogłębienia psychologicznego, a postacie to po prostu imiona i pewne cechy, zaprogramowane działania. I tak oto: - Dziewanna/Donata/Żywia - piękna kapłanka Mokoszy, każdy jej pragnie, mimo różnicy wieku; jest mądra i Widząca - co nie przeszkadza w popełnianiu głupot i braku pojęcia, co robić; czasem odgryzie się Śmiertelną Ripostą; ofiara gwałtu Chrobrego (o Chrobrym zaraz, niżej), matka Miecława, kochanka Mieszka II - dużo funkcji, bo to i jedyna kobieta licząca się w „dziele”. - Andaj - tajemniczy, milczący wajdelota, myśliwy, przedstawiciel Ludu Drzewa, Jadźwingów; rozmawia z koniem-druhem, synonimicznie zwanym „kucykiem”. - Widun - kapłan Welesa; jest mądry. - Wojbor - kapłan Peruna; jest waleczny. - Ślaz - kapłan Strzyboga; jest gruby. - Mścigniew - zmienia się w misia; jest. Drużyna, jak to drużyna, podróżuje (w chwilach zagrożenia często teleportując się do Nawii), odblokowuje kolejne poziomy w celu wypełnienia zadania. Czasem potrzeba artefaktu, czasem hasła, czasem zabicia potworów (tutaj zaklęcia, inkantacje, siła woli, płomienie oraz inne liczne atrakcje), są i zagadki od bóstw (ich poziom taktownie przemilczę). Pojawia się także przewodnik-pomocnik. Wielki gacek. W drugiej linii retrospekcji mamy subiektywne spojrzenie na historię Polski i Piastów. Na czoło wysuwa się tutaj Bolesław Chrobry, „stary, lecz jurny cap”, którego głównym zadaniem jest gwałcenie. Oto przykład niesamowitej głębi psychologicznej, czyli przemyślenia pierwszego króla Polski na widok wspomnianej już Dziewanny/Żywii: „Wcale gładka dziewuszka - zauważył monarcha z lubieżnym grymasem - jak świeżo zroszona łączka... Chętnie przeorałbym jej dziewicze wdzięki... Rozmarzył się na chwilę. Był krzepkim czterdziestolatkiem i jak większość mężów w tym wieku, potrzebował odmiany po dwudziestu z górą latach przykładnego małżeństwa z dobrą, potulną Emnildą. Zasmarkane, brudne dziewki, gwałcone podczas krwawych orgii w zdobytej Pradze, nie dały mu zadowolenia. Pragnął delikatnej, bezbronnej istotki, której odebrałby niewinność, na zawsze brukając ją grzesznym piętnem. Czuł przypływ męskiego wigoru na samą myśl o czymś tak rozkosznie występnym”. Ruska Przecława (Predysława w książce) zostaje wtrącona do lochu i tam - oczywiście nago - zakuta w kajdany, by w tak miłych okolicznościach przyrody mogła dostępować kolejnych gwałtów. Ale co tam kapłanka Mokoszy i ruska księżniczka - skoro dzięki aluzji dowiadujemy się też, że Chrobry i własnemu synowi, Mieszkowi II, gwałtu nie oszczędził. A Kazimierz Odnowiciel jest szkolony w zakonie na paladyna. Co jakiś czas autor raczy nas też filozoficznymi przemyśleniami na miarę np.: "Dwaj młodsi uczestnicy wyprawy niczego nie zauważyli, jak ogromna większość mężczyzn niewrażliwi na kwestię drgnień kobiecej duszy i skomplikowanych odcieni niewieścich emocji. Mścigniew nie miał w ogóle żadnego pojęcia o tych sprawach, uważał jedynie, że babie trzeba złożyć bogate dary, a potem jej odpowiednio „dogodzić”, aby była szczęśliwa i obdarzała mężczyznę czułością. Ostatecznie był tylko niedźwiedziem w ludzkim ciele". Wypadałoby wrócić do kwestii, od której zaczęłam, czyli motywów ze słowiańskich wierzeń. Autor przytacza jedną z wersji mitu kosmogonicznego i to by było na tyle, jeśli chodzi o czerpanie z naszych prawdziwych tradycji (niestety, mit opowiada kapłan osobie, która - żyjąc w tej społeczności - musi go dobrze znać, więc po raz kolejny braki warsztatowe autora zostają obnażone). Resztę wymieszano z bzdurami, a to gorsze niż same bzdury. Mamy tutaj podział na złych i dobrych bogów, jakiego pogaństwo nie znało, wymyślone genealogie bóstw (oraz ich, w pewnym sensie, rozmnożenie) na modłę innych panteonów, olbrzymy, krasnoludy, skrzaty oraz malutkie wiły o tęczowych skrzydełkach - jakby wróżki - zaczerpnięte z wierzeń germańskich. Co więcej, autor pokusił się o zaprezentowanie mitu nordyckiego przemalowanego na słowiański - zmienił imię Thora na Swarożyca, Odyna na Welesa, i gotowe. W wypadku nadania imion olbrzymom, poza wykorzystaniem Wyrwidęba i Waligóry, inwencja sięgnęła tak dalece, by stworzyć Łamignata, Piwożłopa i Trzeszczykarka. Ach, no i wisienka na torcie. „Dowalenie” pisarzom historycznym. „- Wyjmijcie knebel mężczyźnie - polecił Lucjusz Bunschowi i Gołubowi, którzy trzymali skrępowanego więźnia. - Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia ten wyznawca demonów. Uważajcie jednak, by nie rzucił na was klątwy. - Z całym szacunkiem, ojcze wielebny, może najpierw byśmy przypiekli dzieciaki? - zaproponował usłużnie Parnic. - To zawsze rozwiązuje języki rodzicom... - Słusznie prawisz, druh - poparł go grubym basem Gołub. - Pomnisz, jak my pod Radogoszczą rozrywali końmi Wieleckie szczeniaki? Ot, była igraszka! - zapewnił, szczerząc się wesoło na samo wspomnienie. - Dobra zabawa - potwierdził Parnic. - Baby wyły jak wilczyce, starzy wojowie płakali jak bobry... Przyjemnie było patrzeć. - Ja bym wziął na początek kobitkę - zasugerował Bunsch. - Skoro to czarownica, wygolimy jej zaraz głowę i srom - dodał, rozmarzony lubieżnie - a potem przypalimy cycuszki. (…) Kraszew, dumny z wyniesienia, wziął z paleniska płonącą żagiew i fachowo podłożył ogień pod stos, który wkrótce buchnął wysoko. Trzask pękających polan i kneble w ustach stłumiły rozdzierające jęki skazańców." Panie Jabłon(‘ski) - zanim pan zaczniesz tak żenująco szydzić sobie z pisarzy, najpierw sam pan napisz coś przynajmniej w ćwierci tak dobrego, jak oni. Jakoś nie podejrzewam, by kiedykolwiek to nastąpiło… a taki chwyt jest niesamowicie niski i brak słów odpowiedniego komentarza. Pytanie tylko: a gdzież Sienkiew? I wbrew pozorom nie jest najgorsze to, że nieuświadomiony czytelnik może dostać w swoje ręce taki bezwartościowy – a wręcz szkodliwy – wytwór, rozpowszechniający znowu bzdury o Słowianach. Najgorsze jest zdecydowanie to, że podobno druga część „dzieła” czeka już na druk… Apage, Satanas!